środa, 12 czerwca 2013

Pięć.



- Scott.? - pisnęłam na widok tej charakterystycznej twarzy, szczerzącej się do mnie zza szyby drzwi od strony pasażera. Natychmiast posłałam mu urażone spojrzenie, po czym odwróciłam głowę, dając mu tym samym do zrozumienia, że nie chcę z nim rozmawiać. Ten jednak nic nie robił sobie z moich mimicznych gróźb, gdyż już po chwili szarpnął głośno za klamkę, po czym sprężyście wsiadł do samochodu. Pochylił się ku mnie, próbując cmoknąć w policzek, ale stanowczo się odsunęłam. Zdążyłam jednak wyczuć, że zupełnie trzeźwy to on nie był.
- Co ty tu do cholery robisz.? - syknęłam, widząc, że do opuszczania auta wcale mu nie śpieszno. Co więcej, rozsiadł się w fotelu pasażera z uśmiechem na ustach, patrząc na mnie tym swoim zielonym, rozmarzonym spojrzeniem.
- Próbuję cię zlokalizować. - wyjaśnił, tracąc powoli na radości. - Co nie jest znowu takie łatwe... Czemu wyłączyłaś telefon.? - uśmiech już całkiem znikł mu z twarzy, wyparty przez zmarszczone brwi i minę oczekującą wyjaśnień.
- Nie wyłączyłam. Padł mi. - mruknęłam wyniośle, patrząc na Sotta kątem oka, choć groźnie. Wcale nie kryłam swojego gniewu po wcześniejszej kłótni, co więcej, w ogóle nie odpowiadało mi, że ten pacan tu za mną przylazł. Zwłaszcza wstawiony.
- I dlatego siedzisz na tym parkingu, gapisz się w niebo i słuchasz...? - z miną dezaprobaty, niedbale machnął dłonią ku odtwarzaczowi. Popatrzył na niego przez chwilę, marszcząc przy tym nos, po czym wrócił spojrzeniem na mnie.
- Słucham czego chcę, patrzę na co chcę i siedzę gdzie tylko mi się podoba. - zaznaczyłam dosadnie, krzyżując ramiona na piersi. - Myślałam, że to sobie wyjaśniliśmy w ostatniej rozmowie.
- W ostatniej rozmowie to raczej tylko się wkurzałaś. - spojrzał na mnie z miną zranionego szczeniaka. A ja tylko przymrużyłam oczy, wzdychając głęboko i opuszczając ramiona, czując jak gniew znów we mnie wzbiera. I byłam z tego powodu całkowicie bezradna.
- Nie powinieneś być w Londynie.? - rzuciłam jedynie, niejako zaciekłym, wyzywającym tonem. Jednocześnie bałam się spojrzeć na Scotta, gdyż to pewnie nie skończyłoby się dobrze, zwłaszcza dla niego, więc utkwiłam swój morderczy wzrok w dłoniach, przyglądając się bliżej swoim długim, pokrytym granatowym lakierem paznokciom.
- Nie. Po co mi jakiś Londyn i Aerosmith, jak ciebie tam nie ma.? - mruknął gniewnie, chociaż z troską. Co wcale mi się nie podobało, gdyż to zaczęło ukruszać moją złość. - Louise, spójrz na mnie. - Scott sięgnął prawą ręką do mojego podbródka, unosząc go delikatnym gestem. Zmusił mnie tym samym, bym na niego spojrzała. I spojrzałam, dumnie podnosząc wzrok. Nie sądziłam jednak, że chłopak w międzyczasie przybliżył się do mnie znacznie, więc teraz nasze twarze dzieliły zaledwie centymetry. Tak bliskie, że czułam jego oddech na twarzy. Miętowy. Pomieszany z cierpkim zapachem alkoholu...
- Pomogło ci to.? - wysyczałam, zaciskając szczękę, znowu czując potęgujący się wewnątrz mnie gniew.
- Bardzo. - Scott chyba też go wyczuł, gdyż również przybrał bojową minę. Która jednak już po chwili zaczęła łagodnieć... - Przepraszam. - mruknął tak cicho, że gdyby nie ruch ust, w ogóle nie zorientowałabym się, że coś mówi. - Nie wiem za co, ale przepraszam. - dodał, badając wzrokiem każdy element mojej twarzy. I pomimo tego, że zdążył już opuścić rękę, ja jakoś nie miałam ochoty się odsuwać. Więc nadal pozostałam centymetry od niego, mając centralnie przed oczami jego twarz, wyrażającą coś na kształt skruchy. - Byłem wkurwiony, chciałem pojechać, narąbać się i jakoś to wszystko odreagować, ale... co to za zabawa bez ciebie. - tłumaczył się, co wcale jakoś mnie nie udobruchało. Co więcej, odsunęłam się od niego z zaciętą miną, z impetem opadając plecami na siedzenie.
- Nie wiem, nie obchodzi mnie to, jak dla mnie możesz sobie i do Timbuktu pojechać. - ponownie założyłam ramiona na piersi, odkręcając głowę w jego stronę, by posłać mu moje kolejne niezadowolone spojrzenie.
- Do...? - zmarszczył brwi, najwyraźniej nie rozumiejąc całego mojego wywodu.
- Timbuktu, baranie. - westchnęłam głęboko, zastanawiając się co mnie jeszcze trzyma przy tym... człowieku. - Mógłbyś uważać trochę na geografii.
- Tak, wiem. - kiwnął posłusznie głową, przybierając poważną minę. - Jestem idiotą, kretynem, palantem i kompletnym nieukiem, ale mam ciebie. - uśmiechnął się nagle zadziornie, opierając prawą dłoń na siedzeniu, tuż obok swojego uda, tym samym łapiąc równowagę, by zgrabnie pochylić się ku mnie. - Inteligentną, piękną, seksowną... - wymieniał, zbliżając się z ustami do mojej szyi. I raz z prawej, raz z lewej delikatnie muskał moją skórę swoimi ciepłymi wargami. Nie powiem, było to przyjemne, ale nadal byłam na tyle wkurzona, by westchnąć głęboko i zmrużyć oczy.
- Na angielskim też się nie znasz. - odepchnęłam go całkiem niedelikatnie, na co tylko zareagował przewróceniem oczu, w momencie gdy z trochę zbyt donośnie trzasnął lewym barkiem o drzwi.
- Za to znam się na muzyce. - oznajmił co najmniej wyniośle, rzucając dezaprobujące spojrzenie na odtwarzacz, z którego nadal dobiegały nas dźwięki kolejnej piosenki tego zespoliku Darlene. - Co cię napadło, żeby tego słuchać.? - niedbale machnął dłonią ku niemu, marszcząc brwi w geście głębokiego niezadowolenia.
- Nie mam nic innego. - wzruszyłam ramionami, czując się jakby oskarżona. Więc postanowiłam ignorować sprawę.
- To już lepszy ten Henry.? - pisnął, nadal bezmyślnie przypierając moją wyniosłość muzyczną do muru.
- Harry. - poprawiłam go automatycznie.
- Ale... - zerknął na mnie zdezorientowany, mrużąc przy tym oczy. - Sama powtarzasz...
- Bo chcę w to uwierzyć, żeby wkurzyć siostrę. - przerwałam mu ostro. - Specjalnie mylę ich imiona, geniuszu.
- Jesteś jeszcze bardziej wredna, niż mi się wydawało. - Scott w jednej chwili wyzbył się wszelkich wątpliwości, rozświetlając twarz kolejnym zadziornym uśmieszkiem. - Ale to szalenie seksowne, wiesz.? - ponownie nachylił się ku mnie, chociaż pod o wiele mniejszym kątem. Posyłając mi niemalże zuchwałe spojrzenie spod tych swoich ciemnych rzęs, czekając na moją reakcję.
- Wiem. Często to słyszę. - prychnęłam, nie zamierzając w żaden sposób ulec jego urokowi osobistemu. Poza tym, nie chciałam robić czegoś, co on z góry założył. Myślałam, że w jakiś sposób go to zdenerwuje, ale Scott tylko parsknął śmiechem, z powrotem opadając plecami na oparcie siedzenia.
- Żartujesz... - stwierdził, sięgając lewą dłonią do kieszeni spodni, skąd wydobył niewielką, biało-zieloną paczuszkę. - Czyli między nami jest już okej.? - wyciągając z paczki papierosa, jednym zgrabnym ruchem umieścił go w ustach, po czym zerknął na mnie kątem oka, odchylając się ku mnie, by zgrabnie wyciągnąć jeszcze zapalniczkę z tylnej kieszeni.
- Nie wiem. - mruknęłam oschle, czując się co najmniej pominięta. Dobrze wiedział, że od czasu do czasu zdarza mi się zapalić, ale oczywiście nie przyszło mu do głowy, żeby mnie poczęstować. Nawet jeśli doskonale wiedział, że nie toleruje tego dymu w moim samochodzie. - Jeszcze się zastanawiam. - rzuciłam wyniośle, z dezaprobatą obserwując jak Scott odpala papierosa.
- Oj przestań, Lou. - zaciągnął się dymem, swobodnie wypuszczając szarą smugę przed siebie. - Nie możesz się na mnie długo gniewać. - uśmiechnął się, pomiędzy kolejnym zaciągnięciem.
- Mogę, jak mi będziesz kopcić w samochodzie. - zaznaczyłam surowo, wzrokiem nakazując mu, by natychmiast przestał, inaczej będzie sprzątał mi auto. Już dawno wyjaśniłam mu tą jedną, jedyną ważną regułę dotyczącą mojego skarbu. Mówię oczywiście o samochodzie...
- Przepraszam. - mruknął, sięgając dłonią do odpowiedniego miejsca na drzwiach, które za pomocą niewielkiej siły, uchylało okno. - Już. Nie palę. - zgrabnym ruchem wyrzucił papierosa na parking, zamykając na powrót okno. - Przecież uwielbiam twój samochód. - z tymi słowami odwrócił się do mnie, posyłając w moją stronę kolejny uśmieszek.
- Co.? - mimowolnie uniosłam lewą brew. Nie wyglądał na tak schlanego, żeby wyznawać miłość mojemu samochodowi...
- No tak. Uwielbiam przebywać w nim z tobą. - pogłębił uśmiech, patrząc na mnie znacząco.
- O czym ty pieprzysz.? - delikatnie pokręciłam głową, mrużąc przy tym oczy. Bo w tym momencie kompletnie go nie rozumiałam.
- No sama zobacz... - z tryumfalnym uśmiechem sięgnął prawą dłonią pod moje siedzenie. Które już sekundę później uplasowało się w niemalże poziomej pozycji, oczywiście pociągając mnie za sobą. Byłam zaskoczona, a jakże, ale jednocześnie nie mogłam się nie roześmiać. I to w głos, przez co przytknęłam dłonie do twarzy, by ten kompromitujący dźwięk, za którym mój facet zbytnio nie przepadał, nie rozszedł się zbyt daleko. Ale niestety, już po chwili ciepłe dłonie Scotta oplotły moje nadgarstki, odsuwając dłonie od twarzy. I nie minęła nawet sekunda, kiedy jego usta opadły na moje.
- Śmierdzisz fajkami. - zaznaczyłam, odsuwając go od siebie na odpowiednią odległość. Co nie zmieniało faktu, że nadal był jakieś centymetry przed moją twarzą, z zuchwałym uśmieszkiem czekając, aż mi się nastawienie zmieni. Chociaż co by tu ukrywać... niewiele brakowało.
- Jakby ci to przeszkadzało... - jakby na potwierdzenie moich myśli, nic sobie nie robiąc z poprzedniego gniewu, Scott już po chwili pochylił się do kolejnego pocałunku. Tym razem bardziej zmysłowego...
I miał rację, nic mi już nie przeszkadzało. Nawet, jeśli z odtwarzacza nadal leciał zespolik Darlene...

"So we play, play, play all the same old games,
And we wait, wait, wait for the end to change..."
***

Ehhh, to zdecydowanie zbyt krótko trwało... O wiele za krótko... Czułam ogromny niedosyt Harry'ego, chociaż cały koncert nie odrywałam od niego wzroku. Patrzyłam jak urzeczona, chcąc wyryć sobie jego żywy obraz w pamięci. Każdy szczegół, każdy ruch, każdy uśmiech, każdą minę... Dosłownie wszystko, co było ważne. Nie pomijając oczywiście jego głosu. Tego chrapliwego, niskiego głosu, od którego miękły mi kolana.

Taaak, cudownie śpiewał. Idealnie wykorzystywał swój talent, wyśpiewując niektóre partie w inny niż dotychczas sposób, walcząc z długimi wokalizami, czy typową, ograną już melodią. Ale nawet ona, w połączeniu z jego charyzmą, dawała połączenie, które mąciło moje rozumowanie. Zwłaszcza, że obserwując każdy jego ruch, zauważyłam, że ani nie raz, ani nie dwa, ani nawet nie trzy, a dokładnie dziewięć razy na mnie spojrzał, sześć razy się uśmiechnął, trzy razy mi pomachał i raz... ehhh, nawet nie chce mi to przejść przez myśl. Chociaż na samo wspomnienie nie mogłam się nie uśmiechnąć. Szeroko, z pewnością jak jakiś naćpany kretyn, ale dokładnie tak się czułam. Uzależniona od Harry'ego, po potężnej dawce jego osoby. Mimo wszystko to i tak było o wiele za mało...

A tu już koniec koncertu, chłopaki zeszli ze sceny, a rozkrzyczany tłum zaczął kierować się do wyjścia. Chociaż nasza trójka oczywiście nie ruszyła się spod sceny. Ja - gdyż nie miałam siły ruszać się gdziekolwiek, Juls, gdyż zaryczana próbowała znaleźć chusteczki i Suz, która wyglądała na dziwnie zieloną...

- Suz, dobrze się czujesz.? - zapytałam z troską, przysuwając się do przyjaciółki, która kurczowo zaczęła trzymać się barierki. I nie zdecydowanie nie prezentowała się zbyt dobrze.
- Nie. - potwierdzając moja przypuszczenia, pokręciła delikatnie głową. - Zaraz chyba... - i nim skończyła zdanie, osunęła się na nogach, prosto w ramiona Juliet, stojącej tuż za nią. Która i nieźle się przestraszyła, i starała utrzymać siebie oraz Suz na nogach. A ja przestraszona, natychmiast doskoczyłam do nich, nie bardzo wiedząc co dalej. I tylko patrzyłam, z bijącym sercem na Juliet, która była równie zdezorientowana co i ja.
- O matko, Suz...  - Juls pisnęła z paniką w głosie, starając się delikatnie i powoli położyć blondynkę na ziemi. A gdy jej się to udało, uklękła obok niej. - Suz, słyszysz mnie.? - subtelnie poklepała ją po policzku. Lecz ta ani drgnęła. Zero reakcji. Nic.
- I co teraz.? - spytałam, klękając obok Suz, po drugiej jej stronie. I popatrzyłam na Juls z nieukrywaną paniką. Blondynka jednak tylko wzruszyła ramionami, na znak, że i ona nie wie co począć.

No bo co miałyśmy zrobić.?

Jedyny pomysł, jaki zrodził się w mojej głowie to: ZJEDZ COŚ. Co w zasadzie było kompletnie odrealnione, przecież i nie miałam co, i nie mogłam zostawić ich samych... No ale z naturą walczyć nie mogłam, pojawił się stres, pojawił się i głód. A w głowie, zamiast widoku omdlałej przyjaciółki, miotały mi się różne potrawy, od pizzy, na czekoladzie kończąc.

- Zemdlała.? - niski głos nad nami, przywrócił mnie do rzeczywistości. Spojrzałam w górę i ujrzałam wysokiego, barczystego faceta w czarnym podkoszulku i z kaszkietem, na którym widniał jaskrawo-żółty napis OCHRONA. Gość miał tak surową minę, że automatycznie pokiwałam głową. I przełknęłam głośno ślinę, bojąc się zrobić cokolwiek więcej. Bo ten facet patrzył na nas, jak na ostatnie zbrodniarki. Jakbyśmy co najmniej uszkodziły Suz, żeby spotkać się z chłopakami. No ale bez przesady, nawet nas nie byłoby na to stać.

Facet jednak niewiele sobie robił z naszych przestraszonych min. Utrzymując swoją gniewną mimikę, sięgnął po krótkofalówkę, ostro stwierdził, że potrzebuje kogoś z medycznego do sektoru pierwszego, po czym wsuwając urządzenie z powrotem do kieszeni, znów popatrzył na nas uważnie.

Spokojnie odwróciłam głowę, posyłając Juls dyskretne, pytające spojrzenie, a ona równie dyskretnie wzruszyła ramionami. A mi cały czas było niewygodnie ze spojrzeniem tego osiłka, wbitym w sam czubek mojej głowy. Jakby tylko czekał, aż zerwiemy się na poszukiwania chłopaków... Ale ja nie wiedziałam nawet jak się poruszyć.!

Całe szczęście już po chwili przyszedł ten "ktoś z medycznego", ratując nas od czujnego wzroku ochroniarza. Potwierdził bowiem, że Suz sama z siebie, bez niczyjej pomocy tak po prostu straciła przytomność i nie było to w żaden sposób zagranie z naszej strony. Co ochroniarz przyjął z grymasem niezadowolenia. Widziałam w jego oczach, że gdyby tylko mógł, zamknąłby nas w jakichś lochach. Naprawdę nieprzyjemny facet...
***

- Scott... - upomniałam chłopaka, kiedy jego ciepła dłoń powędrowała pod mój czarny T-shirt, łaskocząc moją skórę na brzuchu. Jednak chłopak nic sobie z tego nie robił, nadal praktycznie na mnie leżąc i obdarzając moją szyję kolejnymi pocałunkami. Co więcej, jego ręką sunęła coraz to bardziej w górę, podwijając zarazem moją koszulkę. - Przestań. - syknęłam, zdecydowanym rychem łapiąc za jego nadgarstek. I strąciłam z brzucha jego dłoń. Scott tylko westchnął głęboko, zrezygnowanym ruchem opierając głowę na moim obojczyku. Najwyraźniej mu się to nie spodobało... I nawet poniósł głowę, otwierając usta, by coś powiedzieć, ale uciszyłam jednym ruchem ręki. Coś mnie bowiem uderzyło...
- Co.? - Scott zmarszczył czoło, patrząc na moją skupioną minę bardzo uważnie.
- Słyszysz coś.? - spytałam mrukliwie, wsłuchując się w odgłosy otoczenia. Miasto nocą. Nic więcej.
- Nie. - chłopak pokręcił głową, jakby znudzony nowym tematem.
- No właśnie. - westchnęłam, spychając ciało Scotta ze swojego. Zareagował niemiłym pomrukiem, który zignorowałam zajęta podnoszeniem siedzenia do odpowiedniej pozycji.
- Co no właśnie.? - Scott oparł się o oparcie swojego siedzenia, ewidentnie niezadowolony, co wyrażał gniewnym tonem i srogą miną.
- Cisza no właśnie. - prychnęłam, irytując się nagle jego nieumiejętnością zrozumienia moich słów. - Jest za cicho.
- Czyli po koncercie. - chłopak westchnął niecierpliwie, jakby z nudów wyglądając przez przednią szybę. - To źle.?
- Źle.? Tragicznie.! - pisnęłam, jakimś nadnaturalnie wysokim głosem, prostując się na siedzeniu niczym jakiś kołek. - Nie ma Darlene.! - machnęłam gwałtownie ręką, próbując uzmysłowić mu powagę sytuacji. Ale on nic nie rozumiał...
- I co.? - spojrzał na mnie mętnym wzrokiem, nadal jakby znudzony.
- I to kretynie, że miałam się nią opiekować.! - automatycznie zacisnęłam dłonie w pięści, tym samym wbijając sobie paznokcie w skórę. - A ona przepadła.! - podniosłam głos jeszcze bardziej, zbliżając się już do krzyku. A Scott nadal siedział jak siedział.
- Boże... - westchnął jedynie, przewracając oczami.
- Nie Boże, tylko wysiadka z auta. - zirytowałam się natychmiast, pomagając mu zdecydować się na wysiadkę, zdecydowanym uderzeniem w jego ramię. - Muszę jej poszukać. - widząc, że chłopak raczej nie wyraża chęci na opuszczenie samochodu, zostawiłam go w spokoju i szybko wysiadłam z auta, trzaskając przy tym drzwiami. Scott jednak postanowił pójść w moje ślady, gdyż już po chwili stał po drugiej stronie samochodu, opierając się rękami o jego granatowy dach.
- Nie lepiej zadzwonić.? - spojrzał na mnie z co najmniej cierpiętniczą miną. Jakby szedł na ścięcie.
- Jak, idioto.? - rzuciłam zajadle, zaciskając szczękę ze zdenerwowania. - Bateria mi padła.
- Z mojego. - zaproponował, chociaż większej chęci pomocy nie wykazał. Stał jak stał, ogarniając bezwiednie wzrokiem parking ogarnięty półmrokiem, nie racząc przy tym spojrzeć na mnie.
- Masz numer.? - prychnęłam w jego stronę, hamując w sobie te wszystkie mordercze żądze, jakie mnie nagle ogarnęły.
- Nie. - odpowiedział krótko, w końcu posyłając mi jedno znudzone spojrzenie.
- To się schowaj z takimi pomysłami. - syknęłam ostro, odwracając się i idąc szybko przed siebie. Bez celu, ale wiedziałam, że jak już znajdę Darlene, powyrywam jej wszystkie kudły. - I rusz dupę. - zawołałam jeszcze za Scottem, nawet się przy tym nie odwracając. Ale poskutkowało, już po chwili i kilku jego niekulturalnych wyrażeniach, zrównał ze mną krok.
- Twoja siostra zaczyna mnie chyba denerwować... - westchnął, człapiąc niechętnie obok mnie.
***

Całe szczęście ochroniarz już sobie poszedł, pozostawiając nas pod opieką tego lekarza, który odpowiednio zajął się Suz. Najwyraźniej nie raz już przerabiał takie akcje, gdyż już po kilku minutach blondynka odzyskała przytomność, oraz wszelkie inne funkcje życiowe, chociaż z równowagą nadal miała problem. Więc według zaleceń miłego pana doktora, leżała nieruchomo na kozetce w jakimś białym pokoju, do którego nas zabrał (ku niezadowoleniu ochroniarza), wgapiając się w sufit rozmarzonym spojrzeniem. A ja z Juls, nudząc się, siedziałyśmy oparte o ścianę, nie mając siły na jakiekolwiek rozmowy. A może nawet i odwagi, gdyż nadal czułyśmy na plecach wredny wzrok któregoś z ochroniarzy, chociaż nikogo oprócz nas w pokoju nie było.

No bez przesady, przecież...

- O MÓJ BOŻE. - piskliwy szept Juls, szeleszczący niemalże tuż przy moim uchu, wyrwał mnie z toku myślenia. Automatycznie odwróciłam głowę w jej kierunku, spotykając się nagle z jej zszokowaną miną i wybałuszonymi oczami.
- Co.? - zmarszczyłam czoło, próbując zrozumieć co jej się stało. Ale nijak nie potrafiłam.
- Tam... Tam... Tam... - mówiła jednym, piskliwym tonem, wskazując jakieś drzwi po lewej. Podążyłam tak wzrokiem, ale... no nic. Uchylone drzwi, kawałek korytarza i zupełnie znikąd pół sylwetki mojej przyjaciółki, która, nawet nie zarejestrowałam kiedy, przykleiła się do drzwi, wyglądając na korytarz. - Widziałaś.?! - szepnęła konspiracyjnie, odwracając się do mnie.
- Co miałam widzieć.? - patrzyłam na nią jak na idiotkę, kompletnie nie rozumiejąc jej nagłego ożywienia.
- PATRZ.! - rzuciła, wykręcając się z powrotem przodem do korytarza, uchylając bardziej drzwi, bym miała lepszy widok. I zobaczyłam. Tą samą sylwetkę, którą...
- To... To... O Boże... - dukałam wyrazy, zrywając się nagle z podłogi i z impetem wczepiając się w plecy przyjaciółki. Wychyliłam się stanowczo zza ściany, by upewnić się, czy aby wzrok mnie nie mylił. Ale...

O MÓJ BOŻE, HARRY STYLES.!

Szedł powoli przed siebie, wpatrzony w telefon. Ubrany już inaczej, niż na scenie przed chwilą, ale równie uroczo. I był jeszcze na tyle blisko, że...

O MÓJ BOŻE.!

- Nie Boże. - prychnęła Juliet, wczuwając się w moje własne myśli. I orientując się, że zza zakrętu wyłania się jakiś ochroniarz, szybko cofnęła się, a zarazem i mnie, do wnętrza pomieszczenia. - To był Harry. - oznajmiła szeptem, przymykając drzwi w sposób, jaki zostawił doktorek, gdy wyszedł na chwilę odebrać pilny telefon.
- WIEM, KRETYNKO.! - rzuciłam głośno, biorąc pod uwagę to, że byłyśmy w pokoju same. - Chodźmy za nim. - jęknęłam, posyłając przyjaciółce błagalne spojrzenie. I prawie złożyłam ręce w odpowiednim geście, garbiąc się przy tym z niewiadomego powodu.
- A Suz.? - spytała Juls z poważną miną, chociaż w owym momencie nie miałam pojęcia o czym ona w ogóle do mnie rozmawia. GDY TAM BYŁ HARRY.
- Jaka Suz.? - wyprostowałam się natychmiast, unosząc lewą brew do góry.
- TA Suz... - głos z lewej, wyrażający głęboką pretensję przypomniał mi o istnieniu drugiej przyjaciółki.
- Dziewczyny... Błagam was... - patrzyłam to na jedną to na drugą, prawą ręką machając w kierunku drzwi. - TAM JEST HARRY...
- Chcesz ją tak zostawić.?
- Taka z ciebie przyjaciółka.? - jak zwykle, zaczęły mówić jedna przez drugą, chociaż obie zachowały poważną minę. I chociaż niewiele zrozumiałam z ich gadania, musiałam przecież coś zrobić.!
- Rusz ten swój omdlany tyłek, już ci przecież lepiej... - pisnęłam ostro, czując narastającą irytację z niewykorzystanej szansy na spotkanie Harry'ego. Aż mnie nosiło.! Praktycznie podskakiwałam w miejscu jak piłeczka i nie potrafiłam tego kontrolować.
- Mam leżeć jeszcze przez 5 minut. - Suz nadal leżała nieruchomo i sądząc po jej tonie, wcale nie miała zamiaru tego zmieniać.
- Za pięć minut on stąd odjedzie... - rzuciłam błagalnie, trzęsącym się od emocji głosem, nadal przeskakując spojrzeniem z jednej na drugą. Juls nie wyrażała jakiegoś wielkiego przekonania, natomiast Suzanne...
- Zaraz. - podniosła się do pozycji siedzącej, praktycznie jednym ruchem. - Tam jest Harry. - analizowała głośno moją wypowiedź, patrząc przed siebie. A ja hamowałam wszystkie ochoty, by ją pospieszać... - To znaczy, że... Niall.? - odkręciła w końcu głowę w naszym kierunku, wyrażając w swojej minie głęboki szok.
- TAK.! - pisnęłam głośno i entuzjastycznie, oddychając z ulgą, że wreszcie załapała.
- Lecimy.! - Suz natychmiast zerwała się z kozetki i biegiem ruszyła do drzwi. Po drodze złapała nas obie za nadgarstki i pociągnęła za sobą na korytarz, gdzie minęłyśmy pana doktorka.
- Ale... - próbował zaprotestować naszemu nagłemu zrywowi, ale nie zdążył... Zanim powiedział cokolwiek, byłyśmy już dobre kilka metrów od niego, skierowane tam, gdzie podążał Harry. To jednak nie było na dobre maniery Suz, gdyż po chwili odwróciła głowę, ryzykując zetknięcie z jakąś przeszkodą i miło uśmiechnęła się do zdziwionego doktorka.
- Już mi lepiej, dziękuję.! - rzuciła, wracając po chwili do swojego zamierzonego celu. Odnalezienie Harry'ego Stylesa.
***

- Ja ją kurwa zabiję... - syknęłam, powracając do samochodu, o który oparłam się z całą wściekłością, która gotowała się we mnie przez moją własną siostrunię. - Niech tu tylko wróci... - zagroziłam ostro, chociaż wiedziałam, że w niczym mi to nie pomoże. A przecież byłam wszędzie, pytałam każdego pieprzonego ochroniarza i inne napotkane osoby, w tym nawet i jakąś dwulatkę z mamuśką, ale nic. Jak kamień w wodę.

Zaczęłam już nawet zastanawiać się, czy aby nie zrealizowała jakiegoś idiotycznego planu o wyruszenie w trasę z tymi kretynami i przypadkiem z tego powodu nie zamknęła się w bagażniku ich busa, samochodu, czy czymkolwiek innym oni tu przyjechali. W sumie byłaby to dla mnie idealna wersja, gdyż nie musiałabym się dłużej z nią użerać. Ale biorąc pod uwagę reakcję ojca... Bez Darlene nie miałam co wracać do domu.

Tylko co ja do cholery miałam zrobić, skoro nigdzie jej nie było.?! I wcale nie pomagał mi fakt, że co pięć minut podchodził do nas kolejny ochroniarz z pretensją, ze już dawno powinniśmy opuścić ten teren. Tak, gadać to im było łatwo, ale żaden nie zaproponował, że pomoże mi znaleźć siostrę. Jedyną ich reakcją był "proszę się pospieszyć". Jakby to cholera było takie proste.!

- Uduszę, utłukę, porąbię... - syknęłam w przestrzeń kolejnymi groźbami, gdy Scott odprawił następnego ochroniarza czepiającego się o naszą obecność. No jakbym, cholera jasna, czaiła się tu na tych pięciu, z zamysłem wielokrotnego zgwałcenia każdego z nich.! Czy nie było widać, że ich to akurat miałam centralnie gdzieś.?! - Niech ja ją tylko znajdę...
- No to proszę bardzo, już wraca. - głos Scotta, stojącego tuż obok mnie, był jak zbawienie. Automatycznie spojrzałam w stronę, którą wskazał skinięciem głowy i... Tak. Darlene. Biegnąca ku mnie w towarzystwie swoich przyjaciółeczek z jakimś przejęciem wymalowanym na twarzy. Ale w tym momencie nic mnie to nie obchodziło.
- Czy ciebie już do końca pogrzało.?! - zawrzałam, podchodząc do niej kilkoma gwałtownymi krokami. A gdy i ona się zatrzymała, stanęłam centralnie przed nią, posyłając jej z góry mordercze spojrzenie. - Koncert skończył się półtorej godziny temu... Gdzie ty się do cholery szlajasz.?! - zacisnęłam dłonie w pięści, z całej siły powstrzymując się, by jej nie strzelić. W miejscu publicznym jeszcze by mnie zamknęli za maltretowanie nieletnich, a to akurat było ostatnie, czego do szczęścia potrzebowałam.
- Suzanne zemdlała, trzeba jej było pomocy medycznej. Ale to nieważne... - odparła Darlene, jak gdyby nigdy nic. Poza urywanym oddechem, będącym wynikiem biegu, nie było po niej znać żadnej odmienności od przyjętej normy. Co więcej, zlewała całą moją irytację, patrząc na mnie z nieukrywaną prośbą w oczach. - Lou, posłuchaj...
***

- Nic mnie to nie obchodzi. - nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Lou natychmiast mi przerwała tym swoim gniewnym tonem. Ale było mi już naprawdę wszystko jedno...
- Tam są jeszcze chłopaki. Rozumiesz.?! CAŁE ONE DIRECTION. Całe. Wszystkich pięciu. W tym budynku. - wyjaśniłam, rozemocjonowana, chcąc, by siostra mnie zrozumiała. Ale nie zrozumiała...
- No i co mnie to.? - złapała mnie za ramię, niemalże ciągnąć w stronę samochodu. - Jedziemy do domu.
- Nie, Lou... - zatrzymałam się, używając całej swojej siły. Ale udało mi się i siostrę zastopować. Co niekoniecznie jej się spodobało, sądząc po wściekłej minie i zaciśniętej szczęce. Ale nie było ryzyka, nie było wygranej... - Nigdzie nie jadę. - oznajmiłam spokojnie, czekając na jakiś wybuch. Ale doczekałam się tylko zdziwionego spojrzenia i nic nie rozumiejącej miny. - Nie rozumiesz.? TAM jest Harry. - wyjaśniałam spokojnie. - Właśnie tam. A ja jestem tu.
- A zaraz będziesz w domu. - Lou uśmiechnęła się zgryźliwie, ponownie łapiąc mnie za ramię. Które natychmiast wyrwałam, cofając się kilka kroków.
- Nigdzie nie jadę. - oznajmiłam stanowczo, gotowa do wymiany zdań.
- Nie denerwuj mnie. - siostra syknęła ostrzegawczo, co oznaczało, że zaraz puści ten swój jad. Ale nawet on nie mógł mnie odciągnąć od zamierzonego celu.
- Nie ruszę się stąd, dopóki nie spotkam się z Harrym i dopóki z nim nie porozmawiam.
- Darlene, nie przeciągaj struny. - Lou wymierzyła we mnie oskarżycielsko swój wskazujący palec. - Wracamy do domu.
- Nie. - pokręciłam stanowczo głową.
- Darlene...
- Nie.
- Darlene.! - wrzasnęła, ze złości tupiąc nogą o beton.
- Nie.! - odpowiedziałam podobną głośnością i podobną stanowczością. I podziałało. Lou wzniosła oczy ku niebu, a gdy opuszczała głowę, ścisnęła nasadę nosa.
- Dobra.! - syknęła przez zaciśnięte zęby, opuszczając dłoń i patrząc na mnie gniewnie. - Idź do nich. Ale za pięć minut, z zegarkiem w ręku, masz być z powrotem. - cedziła każde słowo. Miałam wrażenie, że jeszcze jedno, a centralnie bym dostała. Całe szczęście uniknęłam tego, chociaż nie do końca rozwiązywało to mój problem... No sorry, jakbym miała możliwość wejścia tam, nie wracałabym do Lou, narażając się na uduszenie z jej strony...
- Próbowałam, nie chcą mnie wpuścić. Musisz mi pomóc. - wyjaśniłam sedno problemu, ponownie przybierając błagalną minkę. - Ty umiesz być przekonująca... - dodałam przymilnie, chcąc ją jakoś udobruchać. I podziałało, mordercza mina Lou zaczęła łagodnieć.
- UGH.! Czemu nie mogłam mieć chociaż brata.! - nie na tyle jednak, by stracić swój buntowniczy ton. Ale zignorowałam go, gdyż... ZGODZIŁA SIĘ MI POMÓC.!
- Dzięki, dzięki, dzięki, dzięki, dzięki.! - pisnęłam entuzjastycznie, doskakując do siostry i obejmując ją z wdzięcznością.
- Uspokój się, gówniaro. - odsunęła mnie gwałtownie, cofając się o kilka kroków. Po czym rzuciła zirytowane spojrzenie Scottowi, którego najwyraźniej cała sytuacja bardzo rozbawiła. - A ty się nie śmiej, idziesz ze mną. - syknęła ostro w jego kierunku, przez co uspokoił się w jednej sekundzie. A już w drugiej, łącznie z całą resztą, podążał do miejsca, gdzie ostatnio zlokalizowałyśmy Harry'ego, a gdzie wredny ochroniarz nie chciał nas wpuścić.
***

Darlene i jej pieprzone szantaże. Wiedziałam, że jeśli chodzi o tych pięciu kretynów, ta gówniara nie odpuści. Co by się nie działo, zrealizuje swój plan, nawet i bez mojej pomocy. Wiedziałam, bo przecież byłyśmy rodziną, miałyśmy te same uparte geny. Tylko, że ja byłam ta bardziej wygadana i nie chcąc wszystkiego przedłużać, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Dlatego szłam za siostrunią do tego jej spełnienia marzeń, czując narastający wewnątrz gniew. I nawet zaciskanie pięści już nie pomagało. Ale im wcześniej się to zacznie, tym wcześniej się to skończy... Miejmy więc to już za sobą.

Westchnęłam głęboko, gdy Darlene przyprowadziła mnie do jakiegoś wejścia, przed którym stał barczysty facet, ubrany na czarno, o nieprzyjemnym wyrazie twarzy. Cóż, łatwo przez to nie będzie, ale w tym momencie było mi już wszystko jedno. Dlatego też wyszłam z szeregów tego całego zebrania, które ze mną przyszło, przygotowując się do konfrontacji.

- Ty. Słuchaj. - stanęłam metr przed ochroniarzem, patrząc mu centralnie w oczy. Co było dosyć proste, gdyż gość był równy wzrostem ze mną. I równie nieprzyjaźnie nastawiony do otoczenia... - Jestem zła, zmęczona, w trakcie okresu, moja siostra mnie wkurza i nie zamierza się stąd ruszyć, dopóki nie dostanie jakiegoś popierdzielonego autografu. Przyprowadzisz mi tu zaraz tych pięciu gogusiów, albo wybuchnę na miejscu. - cedziłam słowa, starając się mówić jak najbardziej zrozumiale. Ale chyba nie pomogło...
- Co proszę.? - facet zmarszczył brwi, przypatrując się mi z nutą politowania w swoich zimnych, szklistobłękitnych oczach. Które wydały mi się równie nieprzyjazne, co i cały on. Ale nie zbiło mnie to z tropu...
- Matko kochana. - westchnęłam zirytowana, wznosząc oczy ku niebu. - Nie dość, że lalusie, to jeszcze zatrudnili jakiegoś przygłupa. - warknęłam mu niemalże w twarz, co przyjął z niemalże pokerową miną.
- Pomijając twoją ostatnią uwagę, muszę przyznać, że to jeden z najlepszych monologów, jaki usłyszałem od fanki. - uśmiechnął się zgryźliwie, krzyżując szerokie ramiona na piersi. - A teraz spadaj. - kiwnął głową na przestrzeń za mną. Co mnie tylko jeszcze bardziej rozzłościło...
- Słuchaj, ty wyrośnięty... - zaczęłam ostro, przybliżając się do faceta, w każdej chwili gotowa mu przywalić. Niestety, jakiś ruch za otwartymi drzwiami tuż za jego plecami, skutecznie odwrócił moją uwagę. Zwłaszcza, że siostrunia i jej przyjaciółeczki przyjęły go z jakimś dziwnym zapowietrzeniem.
- Czy możemy już w końcu wyruszyć.? - jakiś dziwnie polokowany osobnik wpatrzony z uwagą w ekran swojego telefonu, znalazł się nagle za plecami ochroniarza. Tak samo jak i nieco niższy od niego blondyn, z miną co najmniej cierpiętniczą
- No właśnie, trochę jestem już...
- O MÓJ BOŻE.! - dalsze słowa blondyna przysłonił donośny pisk mojej siostry. W jednej sekundzie wszyscy: Polokowany, Blondyn, ochroniarz, Scott (z szokiem), ja (niemalże z przerażeniem), odwróciliśmy głowy w jej stronę. I mogliśmy być świadkami jak Darlene, tracąc wszystkie kolory, bezwiednie osuwa się na ziemię...

Zamarłam. Zwyczajnie nie wiedziałam co się dzieje. Udaje.? Nie udaje.? Nie miałam pojęcia jak zareagować. Co ja gadam, ZAPOMNIAŁAM NAWET JAK SIĘ ODDYCHA.! Patrzyłam jedynie na siostrę, leżącą nieruchomo na betonie, oświetloną jakimś groteskowo pomarańczowym światłem z latarni.

- O ja pieprzę. - głos Scotta odbił się echem po opustoszałym parkingu, wyrywając mnie tym samym z odrętwienia. W sekundę doskoczyłam do siostry. Odgarniając włosy za uszy, nachyliłam się nad nią, sprawdzając jakieś funkcje życiowe. I z narastającą paniką musiałam przyznać, że absolutnie żadnych się nie dopatrzyłam...

Ignorując przyspieszone bicie przerażonego serca, przejechałam wzrokiem po zebranych, oczekując od nich jakiejś pomocy. Ahaaaa...
Blondyny stały zszokowane nad Darlene, bojąc się zrobić jakikolwiek ruch.
Scott, z tym swoim mętnym spojrzeniem starał się ogarnąć co się dzieje, ale sądząc po zmarszczonym czole, niewiele rozumiał.
Ochroniarz sam nie wiedział jak reagować, czy ma ewentualnie bronić tamtych, czy pomóc mi. Blondyn z troską patrzył na moją siostrę, niepewnie pocierając kark, najwyraźniej nie wiedząc czy może się poruszyć.
Natomiast Polokowany zamarł, z telefonem przed sobą, z szokowaną miną wypisaną na głupkowatej twarzy, nawet z brakiem jakiegokolwiek oddechu.
Reakcja tej ostatniej dwójki wkurzyła mnie najbardziej. Sam ich widok był irytujący, a teraz jeszcze to... Pomimo zaistniałej sytuacji nie mogłam powstrzymać się od rzucenia im morderczego spojrzenia. Które jednak mieszało się z przerażeniem, nieustannie kłębiącym się gdzieś wewnątrz mnie... Co spowodowało tylko jedno. Odblokowanie moich szarych komórek i...
- Zabiliście mi siostrę. - oznajmiłam głośno, choć drżącym głosem, który echem rozniósł się po okolicy. I zabrzmiało to co najmniej nieprzyjemnie...



***
No i jestem z piąteczką :). Terminowo, trochę później niż zazwyczaj, ale przez te wieczne burze nie mam jak pisać... Rozstraja mnie to zupełnie, zresztą, komputera nie mogę włączyć, gdy pioruny szaleją mi nad głową... Ale w końcu udało mi się to przemęczyć :). I cóż mogę powiedzieć... Jest Scott, jest entuzjazm Darlene, jest wieczna irytacja Louise... No i w końcu jakiś cień chłopaków. Ale mimo wszystko rozdział nie do końca mi się podoba. Mając powyższe sceny w głowie, wydawały mi się być nawet sensowne. Ale gdy zaczęłam wszystko opisywać... Hm, nie do końca jestem przekonana. Ale ocenianie pozostawię Wam. Jestem gotowa na każdą krytykę, uwagę i ewentualny wyznacznik mojego dalszego pisania. Nie ukrywam, że czekam na Waszą opinię, zachęcona nieustannie rosnącą liczbą wyświetleń i tych miłych komentarzy, które mam przyjemność czytać, oczywiście z uśmiechem na ustach :). Rzecz jasna, dziękuję Wam za nie z całego serca :). Żałuję, że nie mam możliwości wyściskania każdej z Was po kolei, bo z wielką chęcią bym to zrobiła... Ale musi Wam wystarczyć moje słowo... :)

KOCHAM WAS.! ;*

11 komentarzy:

  1. Odpalam kompa z zamiarem napisania czegoś w miarę sensownego na swojego bloga, ale zauważyłam, że dodałaś mowy rozdział i cały mój misterny plan legł w gruzach ;p
    Szczerze powiedziawszy to nie wiem kogo się spodziewałam za oknem Lou, ale na pewno nie Scott'a...
    Najpierw omdlenie, teraz śmierć... ale się porobiło ;D Mało sama nie umarłam, spadając z krzesła podczas czytania "Zabiliście mi siostrę." :)
    No i chłopaki pojawili się na horyzoncie :)
    Zobaczymy jak to się wszystko rozwinie :)
    Bardzo udany rozdział i z niecierpliwością czekam na następny ;)
    Weny :)
    Całuję :*
    @natalia_gajo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no wiesz... trzeba było olać rozdział i brać się do pisania, póki wena była... bo ja tu teraz mam coś na kształt wyrzutów sumienia...
      nie spodziewałaś się Scotta.? naprawdę.? :) ahahahahahaha :). czyli potrafię jeszcze kogoś zaskoczyć :). nawet sobie nie wyobrażasz jaką przyjemność mi sprawiłaś tymi słowy :)
      chłopaki, Louise, omdlana Darlene... no to się porobiło. szczerze to nie wiem jak z tego wybrnąć, ale coś wymyślę. mam nadzieję, że Cię nie zawiodę:).
      pozdrawiam.! :)

      Usuń
  2. Że tak sobie zacytuję Scotta "O ja pieprzę".
    Boże, to jest genialne. Piszesz tak niesamowicie realistycznie, że... Nie wiem, co "że", ale co z tego? Wow, jesteś po prostu świetna, to jest obłędne.
    Może to zabrzmi nieco drastycznie, ale strasznie się cieszę, że Darlene zemdlała. Czytałam i czułam, jakbym była w skórze Lou. Jestem tak strasznie ciekawa, co będzie dalej... Nosi mnie, nie mogę usiedzieć w miejscu, a ten wyszczerz to chyba mi do końca życia zostanie. Wow, normalnie wow.
    Jeszcze nigdy żadne opowiadanie tak na mnie nie działało.
    A Scotta nadal nie lubię, cielak jeden. -,-
    Pozdrawiam. ;) xx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. genialnie.? realistycznie.? Ty do mnie z takimi słowami...? weź, bo nie wierzę... zawsze wydawało mi się, że to co piszę z rzeczywistością nie ma nic wspólnego, a tu proszę... wow :). i obłędu to ja dostałam po przeczytaniu tych słów. nigdy więcej mi tak nie słódź, bo mi się w głowie poprzewraca :).
      cieszysz się, że Darlene zemdlała.? em, a mogę wiedzieć dlaczego...? tak z czystej ciekawości, bowiem zainteresowało mnie to zdanie... :).
      a co do Scotta, będziesz się musiała pomęczyć. Lou tak szybko z niego nie zrezygnuje.
      pozdrawiam.! ;*

      Usuń
    2. Czyli nadmierne użycia słowa "wow" (teraz zwróciłam na to uwagę ;)) nie utwierdziło Cię w przekonaniu, że w tamtej chwili nie byłam w stanie myśleć (ani nic wymyślić), w związku z czym musiałam napisać prawdę? Ja nie wiem już, co mam Ci pisać, no. :( Dziewczyno, uwierz wreszcie, że piszesz naprawdę dobrze. A ja Ci wcale nie słodzę, tylko piszę szczerą prawdę i nie zamierzam przestać tego robić. ;)
      Dlaczego cieszę się, że Darlene zemdlała? Jakby Ci to wyjaśnić... Ogółem bardzo lubię omdlenia i tym podobne, a poza tym przez to, a właściwie: dzięki temu, ta historia będzie bardziej zawiła, potoczy się inaczej. To znaczy taką mam nadzieję, bo nie wiem, jaki pomysł na ciąg dalszy zrodzi się w Twojej głowie i mogę się tylko domyślać. Nie wiem, jak to wyjaśnić... Pozostańmy przy tym, że miałam nadzieję na omdlenie Darlene, ta się spełniła, więc się cieszę.
      No nic. Pozostaje mi tylko czekać na następny rozdział i życzyć dużo weny oraz mnóstwa pomysłów na szósteczkę. ;)
      Pozdrawiam. xx

      Usuń
    3. no dobrze, skoro tak mówisz, może zacznę w końcu próbować chociaż trochę uwierzyć w siebie :).
      lubisz omdlenia.? to nieco dziwacznie brzmi... chyba nie wiem jak mam to interpretować :). czy historia zmieni się przez omdlenie to nie wiem. ale raczej nabierze tempa.
      co do następnego rozdziału... muszę pomyśleć. a to ostatnio nie jest dla mnie zbyt łatwe. zobaczymy :)
      pozdrawiam xx.

      Usuń
  3. Wow banan na twarzy i nic więcej..genialne. <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Jej, genialne.
    Cały czas czytam twoje opowiadanie, ale zazwyczaj na telefonie, dlatego ciężko jest mi komentować każdy rozdział. Wiedz, że jestem z tobą i każdy tekst, który się tu pojawił jest fenomenalny :D
    Już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału. Mam nadzieję, że Lou tylko tak powiedziała :) Kurczę kiepsko by było gdyby chłopcy zabili jej siostrę.
    No nic teraz pozostaje mi tylko czekać na kolejne posty. :***
    Życzę weny
    Olcia :D
    http://my-judgement-is-clouded-1d.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ohhh... naprawdę.? :). nie sądziłam, że mam "cichych" czytelników. ale to chyba zaczyna mnie napawać dumą... wow... jestem w szoku... :).
      no trudno, uwielbiam Wasze komentarze, a Twój dzisiaj wyjątkowo wyrwał mnie z dołka. chyba już nawet nie pamiętam czemu smutna byłam... ale nie będę od Ciebie wiele wymagać :). cieszę się, że czytasz, że uważasz, ze warto. to dla mnie strasznie, strasznie ważne :).
      co do Darlene... nie bój się, ona żyje. tylko zemdlała. to, czy dojedzie do domu w jednym kawałku (złość Lou), to już inna kwestia. można mieć tylko nadzieję, że Lou nie ogryzie siostrze głowy za te występy :).
      pozdrawiam i dziękuję.! ;*

      Usuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń